Recenzja z filmu Matrix Rewolucje

W listopadzie zeszłego roku odbyła się premiera chyba najbardziej wyczekiwanego filmu – „Matrix Rewolucje”. To, co na pewno trzymało w napięciu, to te wszystkie tajemnice, którymi owiany był film. Do końca nikt nie wiedział, co się będzie działo w poszczególnych częściach.
Jest to ostatnia część trylogii braci – Larry’ego i Andy’ego Wachowskich (są zarówno reżyserami jak i scenarzystami). Tak jak w poprzednich częściach, odtwórcami głównych ról są: Keanu Reeves (Neo), Carrie-Anne Moss (Trinity), Laurence Fishburne (Morfeusz), Hugo Weaving (Agent Smith), Jada Pinkett Smith (Niobe), Monica Bellucci (Persefona). Muzykę znów tworzył Don Davis.
Pierwsza część – „Matrix”, której premiera odbyła się w 1999 roku, była częścią filozoficzną. Wiele osób wtedy zainteresowało się tym filmem i z niecierpliwością czekało na następne części. Druga część, której premiera odbyła się w maju 2003, była wypełniona efektami specjalnymi. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jaka będzie część trzecia…
Wachowscy trzymali wszystkich w niepewności tym większej, że druga część zakończyła się planszą: „ciąg dalszy nastąpi”. Aby dobrze zrozumieć wątki ostatniego ogniwa wspomnę wcześniejsze wydarzenia: Neo po wyczerpującej walce ze Strażnikami znajduje się pod czułą opieką Trinity i innych załogantów „Mjolnir’a”. Agent Smith nie dość, że potrafi się klonować w Matrix’ie, to jeszcze przedostał się do świata rzeczywistego i zmasakrował dużą część załogi Syjonu, która broniła się przed atakiem Strażników. Poznaliśmy Architekta (twórcę Matrixa) oraz bliżej jego „żonę”- Wyrocznię (którą znamy z prowadzenia Neo w pierwszej części).
Jak powiedział sam Keanu Reeves: „Neo to wybraniec, twardziel gotowy skopać tyłki swoim wrogom i wrogom Syjonu”. Więc przez całą trzecią część walczy (dosłownie i w przenośni) o uratowanie świata (Matrix’a i rzeczywistego). Okazuje się, że aby uratować wszystkich, trzeba dostać się do środka wielkiego miasta maszyn, gdzie swoimi prawami rządzi się Deus Ex Machina (szef wszelkich maszyn) i negocjować z nim pokój, aby potem zająć się prawdziwym zagrożeniem- Agentem Smith’em. Owładnięty żądzą chce zniszczyć wszystko! Okazuje się wirusem, a dokładniej stał się nim w momencie, kiedy Neo w niego wszedł w pierwszej części. Psychopatyczny wirus – gorzej być nie może!
Tak naprawdę, Neo nie zapadł w śpiączkę ani nie choruje, tylko znajduje się na Stacji Kolejowej (jest to gdzieś między Matrix’em a rzeczywistością). Aby uratować go, Trinity, Morfeusz i Seraph (pomocnik wyroczni) muszą udać się do Merowinga (jeden z programów w Matrix’ie). Siedzi sobie on w sadomasochistycznym klubie wraz z całą swoją świtą i tylko czeka na jakąś akcję. Więc zapewniono mu niezłą rozróbę – bieganie po ścianach, sufitach, strzelanie po wszystkim na około…
Potem Wyrocznia enigmatycznie rozmawia z Neo, tym razem po raz ostatni, bo chwilę później zostaje zamieniona w … Smitha. Kapitan Niobe uwierzyła i pokazuje, że kobiety potrafią prowadzić rozpędzone poduszkowce („Mjolnir”, za którego sterami siedzi) – w romantycznych scenach partneruje jej Morfeusz, który ewidentnie czuje do niej miętę. Zee (żona Linka) wraz z koleżanką mężnie bronią hangarów ostatniego miasta ludzi rozwalając wrogów rozbudowaną bazooką, a Mifune (dowódca wojska z hangarów) biegając w stalowej zbroi rodem ze średniowiecza podrasowaną do nowoczesności pozwala sobie przeorać twarz maszynom (to się nazywa patriotyczne poświęcenie). Morfeusz, poza flirtowaniem, dodaje wszystkim otuchy, a Neo i Trinity oprócz walki ze Smithem (kiczowata scena walki w sztucznym deszczu z jeszcze bardziej sztucznymi elementami sztuk walki) ratują całą ludzkość – i tą w Matrix’ie, i tą w rzeczywistości. Neo zupełnie przy okazji dowiaduje się paru rzeczy o sobie i świecie, w którym żyje. Najlepsze są momenty kiedy okazuje się, że mimo wypalonych prądem gałek ocznych, widzi wszystko tylko trochę bardziej żółtawe niż zwykle – świat wydaje się piękniejszy…
Niestety, co najmniej jeden z wyżej wymienionych bohaterów umiera (co do jednego nie można być pewnym). Scena śmierci również musi być owiana patosem umierania. Co tam przebite płuca, kiedy liczy się wielka miłość. Zaślepiona nią Trinity wierzy w swojego wybrańca i pomaga mu we wszystkim. Nie potrafi usiedzieć w miejscu i jest bardzo zazdrosna. On z kolei myśli tylko o niej i cały świat ratuje jakby w darze. Motyw pod tytułem: „Romeo i Julia” odhaczony.
Sex – był, przemoc – cały czas, pieniądze – cały film to walka o władzę nad Matrix’em, wyścigi samochodowe – druga część dała nam popalić i poczuć smak palonej gumy, efekty specjalne – „Matrix” jest nimi przesiąknięty jak jakaś gra komputerowa albo komiks anime. „Więcej akcji, mniej gadania” – tak określił Keanu. Wszystkie podstawy pop kultury, spełnione. Co się więc nie udało, że film przyjęto negatywnie? Wszyscy, którzy oczekiwali od tego filmu bezsensownej rąbanki byli zadowoleni. Niestety zawiodła się cała reszta.
Reasumując: nic odkrywczego. Wręcz przeciwnie – powtarza się wiele motywów z poprzednich części. Na szczęście Wachowscy zostawili nam jeszcze trochę pytań bez odpowiedzi. To właśnie jeden z elementów czemu saga ma tak wielu fanów.
Oceniając ten film uważam, że zawiódł wielu ludzi pod względem odejścia od filozofii, która stanowiła znak rozpoznawczy „Matrix’a”. Efekty specjalne też nie przebiły tego, co oglądaliśmy w maju. Ścieżka dźwiękowa pozostawia wiele do życzenia, bo wszystkie utwory są do siebie podobne (autorem większości jest Don Davis). Nawet plakaty są beznadziejne! Oprócz chęci zobaczenia zakończenia całej historii, nic nie powinno przekonać przeciętnego widza do obejrzenia tej części. Ten film to nieporozumienie. Jest tylko kolejnym powodem do zarabiania kasy. X Muza ze wstydu powinna się zapaść pod ziemię. A jednak dla fanów stanowi ona kopalnię wspaniałych przeżyć. Wyjdźmy poza przyziemną pop kulturę i poszukajmy kilku „wyższych” wskazówek zostawionych przez Wachowskich.
Kopiowanie się Smitha przywodzi na myśl regułę „brzytwy Ockhama”. Mówi ona o tym, że nie należy mnożyć bytów bez potrzeby. W drugiej części podczas wywodu Merowinga o przyczynowości zahacza on o filozofię XIV-wiecznego filozofa Williama Ockhama. Dzielił ją na efektywną (zachodzącą w oparciu o uczucia ogólne) i ostateczną (w oparciu o miłość). Neo wybiera miłość. Mówi również o tym, że działania podlegają wyjaśnieniu dopiero po zakończeniu. Po zakończeniu filmu mamy pewne poczucie niedosytu, przecież o to chodziło! Nie można mieć wszystkiego wyłożonego na tacy. Według mnie uwłaszcza to godności widza. Wachowscy natomiast pozwolili nam, widzom, roztrząsać film na dziesiątki sposobów, znajdować w nim wiele odniesień. Przez to uważam tą trylogię za prawdziwy wzór filmu, dzięki któremu uczymy się patrzeć na świat z wielu perspektyw.
Plakat z filmu w oryginalnej wersji językowej brzmi: „EVERYTHInG ThAt HAS A BEGINniNG HAS aN END”. Małe litery, w innej kolejności tworzą słowo „thanin”, które jest częścią wyrazu, z którego wywodzi się słowo „Leviathan”. Pochodzi ono z biblijnej Księgo Hioba, gdzie napisane jest, że Bóg stworzył potwora, którego uczynił „królem wszystkich dzieci pychy”. Czyżby chodziło o Smitha?
Neo ewidentnie jest wytworem Matrixa, co więcej, jest również jego anomalią, błędem (skądinąd już 6-tą; czyżby Merowing był pierwszą?). Jest więc programem! Jak program może się wyrwać ze swojego świata, żeby dostać się do innego? Czy to oznacza, że rzeczywistość, to kolejny program?
Wielokrotnie Wachowscy powoływali się na mit Platoński o jaskini. U wielkiego filozofa ludzi siedzieli w grocie i widzieli tylko cienie realnego świata. Jeden człowiek, który się uwolnił, nie mógł innym tego wytłumaczyć, bo oni byli zapatrzeni w swoje cienie, biorąc je za rzeczywistość. U braci mamy Syjon – swoistą jaskinię i Neo, który się uwalnia. A jeśli naprawdę ich rzeczywistość, to tylko kolejna ułuda, tak jak Matrix? Jeśli oni wszyscy są maszynami?
Czy muszę wspominać o odniesieniach do mitologii, Biblii, religii wschodu i cyberpunka? Morfeusz (bóg snu), Persefona (bogini podziemnego świata), Niobe (córka Tantala, symbol pychy), Merowingowie (ród królewski we Francji), Syjon (świątynia, góra świątynna, Jerozolima), Trinity (Trójca Święta), Leviathan (biblijny potwór), Wyrocznia (nazwa mówi sama za siebie), Nabuchodonozor (statek Morfeusza- Babiloński król)…
Ogrom wszelkich innych znaków (czarny kot, czerwone tabletki, wszelkie możliwe numery ect.) może przytłoczyć kogoś, kto szuka. Kto nie zatrzymał się tylko na wierzchniej warstwie. Ten film można porównać do cebuli. Ma ona wiele warstw – po zdjęciu każdej kolejnej okazuje się, że niewiele przesunęliśmy się do sedna.
Polecam go ze względu na to, że należy według mnie do kina ambitnego i wyjątkowego. Zmusza widza, żeby zaczął rozglądać się wokół siebie, a nie tylko podziwiał to, co w każdym filmie akcji – przemoc, sex, gonitwa i bezsensowne efekty specjalne…
Pierwsza część miała być o narodzinach, kolejna o życiu, ostatnia o śmierci. I rzeczywiście. Najpierw narodził się cały mit – ikona kultury cyberpunka, potem ten film żył swoim życiem, a na koniec Wachowscy pogrzebali z kretesem wszelkie nadzieje na odrodzenie się wielkiego tworu filozofii młodzieży epoki komputerów i komiksów.

One Comment Add yours

  1. pumex pisze:

    Zapraszam do siebie, jeśli chodzi o filmy!

    http://www.xmuza.wordpress.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s